![]() |
![]() |
![]() |
POMAGAJĄ NAM: |
|
Agnieszka
|
Inni o Agnieszce Wspomnienia Barbara DziekanUlica japońskiej wiśni - Wspomnienie Barbary Dziekan
Wspomnienie pierwsze Pewnego dnia poszłyśmy z Agnieszką na wcześniej umówiony spacer. Towarzyszyła nam moja córka Milenka, której Agnieszka dała przed rzeczonym spacerem misia do zabawy. Agnieszka chciała nam pokazać japońskie wiśnie kwitnące na Saskiej Kępie. W czasie naszej przechadzki zaczął padać deszcz i zamiast pięknej pogody i pięknych wiśni zrobiło się mokro, zimno i nieprzyjemnie. Doszłyśmy nad Wisłę, gdzie ugrzązłyśmy w błocie. Kiedy wróciłyśmy z córką do domu, nie tylko nasza buty były strasznie usmarowane, ale całe byłyśmy okropnie brudne i musiałyśmy się szorować. Byłyśmy średnio zadowolone z naszego spaceru. Wieczorem zadzwoniła do mnie Agnieszka i powiedziała: Kiedy Agnieszka obchodziła swoje 25-lecie pracy (rok 1987 lub 88?), pojechałyśmy jej różową Toyotą do Opola. Były małe "przepychanki" z organizatorami tego jubileuszowego koncertu, którzy chcieli, żeby Agnieszkę reprezentowały konkretne, znane piosenki. Ale Agnieszka uparła się, że tym razem będzie Ją reprezentować "Ulica japońskiej wiśni". W związku z tym pojechałam do Opola z Agnieszką i jej kuzynem ze Szwecji, którego imienia nie pamiętam (Maciek Sikorski - red.). Pojechaliśmy samochodem, który na prośbę Agnieszki prowadziłam w obie strony. Podczas jazdy do Opola pootwierane były okna i okropnie się przeziębiłam, czego nie czułam. Dojechaliśmy. Prowadząca opolski koncert Małgosia Niemenowa zapytała mnie o moje czerwone jak u królika oczy. Stałam przy mikrofonie, śpiewałam "Ulicę japońskiej wiśni" ledwo trzymając się na nogach. Okazało się potem, że miałam ciężkie zapalenie zatok i bolało mnie wszystko strasznie łącznie z nerkami, a następnego dnia musiałam wracać do Warszawy. Nie było mowy o żadnych bankietach. Jak wiadomo, Agnieszka była rannym ptakiem, więc rano puk-puk do drzwi, jedziemy. Była piękna pogoda. Ja strasznie źle się czułam, bolała mnie głowa i rozrywało mi szczękę, ale jechaliśmy, a właściwie "grzaliśmy" trasą katowicką jakieś 160 km/godz. Kiedy byliśmy około 50 km od Warszawy na przeciwnym pasie wszystkie samochody zaczęły nagle zjeżdżać na prawo trąbiąc i dając znaki światłami. Popatrzyłam więc w lusterko - bo zawsze kontroluję co się dzieje - i zobaczyłam z tyłu, za naszym samochodem frunące, płonące ptaki. To była nasza opona... Tylna dzięki Bogu. Kiedyś Agnieszka strasznie wpuściła mnie w maliny. Było to w Sopocie. Nie znałam wówczas Andre Ochodlo, któremu potem cała grupa Jurka Satanowskiego: Marzena Trybała, Ewa Błaszczyk, Mirek Czyżykiwicz, Marek Richter - otwierała teatr Atelier i grała przez pierwsze dwa czy trzy tygodnie dwa razy dziennie w darze dla tego teatru, bez żadnych honorariów. Nawet próby były otwarte dla publiczności. Wracając do pierwszego spotkania z Andre. Byłyśmy w Sopocie z moją córką, już trochę starszą. Zauważyłam wtedy świetne miejsce blisko Grand Hotelu, gdzie kiedyś, jak pamiętam dzieciństwa, były wypożyczane łodzie czy kajaki. Poszłyśmy tam. Wchodzimy, patrzymy: Agnieszka, po jej lewej ręce jakiś młody mężczyzna z lokami na głowie, po jej prawej stronie - inny przystojny mężczyzna. Dopiero później się okazało, że byli to Andre Ochodlo i Marek Richter. Agnieszka przedstawiła mi ich wtedy jako swoich zagranicznych przyjaciół, więc zaczęłam mówić do nich po angielsku. Rozmawiamy... Po jakimś czasie Agnieszka zaczęła wyć ze śmiechu i powiedziała, że musi nanieść jakieś poprawki do tekstu, w związku z tym zostawiła mnie samą z tymi Panami. Dopiero jak wróciła, powiedziała mi, kim byli naprawdę jej goście. Agnieszka naprawdę pomogła mi w czasie mojego rozwodu. To była bardzo poważna sprawa. Nie chciało mi się żyć i nie było właściwie osoby, która mogłaby mnie podtrzymać na duchu. Oprócz Agnieszki. Dzwoniła i przychodziła do mnie przez dobre dwa miesiące codziennie. Cały czas wynajdywała mi najpierw jakieś rzeczy do roboty, a potem nowych narzeczonych, żeby mi ulżyć. Niesprawiedliwe byłoby, gdybym nie wspomniała, że pomógł mi również na rekolekcjach w Laskach ksiądz Budzisz. Rzeczywiście był to dla mnie bardzo ciężki czas. W podobnie trudnej życiowej sytuacji znalazła się Agnieszka, kiedy umarła jej mama. Ona wtedy rzeczywiście potrzebowała pomocy. Myślę, że na ile mogłam, to jej wtedy służyłam. Ogromnie żałuję, że Agnieszka nie dojechała na premierę "Apetytu na czereśnie" do Teatru Polskiego do Szczecina. Cały teatr wystawił się przebogato. Zakupiono nawet francuskie szampany. Adam Opatowicz był już wówczas od kilku lat jego dyrektorem, więc było ozdobnie, ciekawie i dużo się w nim działo, zresztą do tej pory dużo tam się dzieje. Agnieszka sprawiła nam ogromny zawód dzwoniąc i mówiąc, że nie przyjedzie, bo się źle czuje. Miała przylecieć samolotem. Wszystko było przygotowane łącznie ze specjalnym spotkaniem Agnieszki z publicznością zorganizowanym przez jednego z księgarzy, który był kierownikiem literackim teatru. Ludzie przyszli, a jej nie było. To był ogromny zawód. Ale Ona już była wtedy bardzo chora. Niemniej tekst "Apetytu..." porządnie przepracowałyśmy przez telefon tak, że stał się niebywale plastyczny i współczesny. Był jakby cytatem z socrealistycznych rzeczy. |
WYSZUKAJ W SERWISIE
Wprowadź w poniższe pole
kryteria wyszukiwania...
|